Opowieści duchowe - Jak proboszcz z "Placówki" Ślimakowi pomógł i kto go do tego nakłonił

Od lat poszukuję w literaturze pięknej fragmentów duchowo poruszających. Czasami znajduję je w zaskakujących miejscach. Pozornie jest tak i tym razem. Zaskakującym miejscem dla opowieści duchowej powieść Prusa będzie tylko dla tych, krórzy dali sie przekonać komunistycznej szkole i propagandzie, że pisarstwo tego autora jest czysto świeckie i nie odzwierciedla żadnej myśli religijnej. Skażony tym myśleniem był nawet wielki Stanisław Lem, gdy niesprawiedliwie wyśmiewał Olgę Tokarczuk za doszukiwanie się związków między "Lalką" a gnostyckim apokryfem. Ja zresztą też w młodości postrzegałem książki Prusa jako pozbawione treści duchowej. Na szczęscie w wieku dojrzałym, przeczytałem je ponownie uzbrojony już w bogatą listę lektur i dość gruntowną, choć literacką, a nie telologiczną, znajomość Biblii. Obecnie postrzegam powieści Prusa jako inspirowane Biblią. "Placówka" konkretnie jest inspirowana Księgą Hioba. Ślimak, jak Hiob, traci żonę, dziecko, sługę, dom i stada, a w finale powieści, jak Hiob otrzymuje nową żonę, nowy dom, nowe stada, o nowych sługach i dzieciach nic Prus nie pisze. Również jak Hiob, Ślimak jest poouczany przez wielu nieszczerych doradców i bardzo niewielu szczerych. O tych ostatnich, mówi poniższy fragment, mocno nasycony duchową treścią.
Tutejszy proboszcz dopiero od kilku lat rządził parafią. Był to człowiek średniego wieku, bardzo piękny. Posiadał wyższe ukształcenie i maniery dobrze wychowanego szlachcica. Co rok sprowadzał więcej książek aniżeli wszyscy jego sąsiedzi i dużo czytał; nie przeszkadzało mu to hodować pszczół, polować, bywać na sąsiedzkich zebraniach i pełnić duchownych obowiązków.
Posiadał ogólną sympatię. Szlachta kochała go za rozum i hulackie skłonności. Żydzi za to, że nie pozwalał ich krzywdzić, koloniści, że - na probostwie ugaszczał pastorów, chłopi, że odnowił kościół, obmurował cmentarz, mówił ładne kazania, urządzał świetne nabożeństwa, a ubogich nie tylko darmo chrzcił i grzebał, lecz nawet wspomagał.
Ale stosunki między prostym ludem a proboszczem nie były dosyć ścisłe. Chłopi szanowali go, ale nie mieli śmiałości. Patrząc na niego wyobrażali sobie, że Bóg jest to wielki pan i szlachcic, łaskawy i miłosierny, który jednak z byle kim nie gada. Proboszcz czuł to i szczególnie było mu przykro, że jeszcze żaden chłop nie prosił go do siebie na wesele czy chrzciny, żaden o nic się nie radził. Chcąc przełamać ich nieśmiałość czasami wdawał się w rozmowę; ale wnet spostrzegał bojaźń na twarzy chłopa, a w sobie zakłopotanie i - urywał.
Nie mogę udawać demokraty!..." - myślał zgryziony.
Niekiedy, w porze złych dróg, kiedy ksiądz przepędził kilka dni bez towarzystwa, budziły się w nim wyrzuty sumienia.
- Lichy jestem pasterz - mówił sobie - nędzny uczeń Chrystusa. Nie po to przecie zostałem kapłanem, ażeby dotrzymywać placu szlachcie, ale żeby służyć maluczkim... Gałgan jestem, faryzeusz.
Wówczas zamykał się na klucz, klękał na gołej podłodze i prosił Boga o apostolskiego ducha. Ślubował, że rozdaruje wyżły, wyrzuci z piwnicy butelki, odda ubogim eleganckie sutanny i zamiast grać w karty z dziedzicami, będzie pocieszał strapionych, nauczał nieumiejętnych i radził wątpiącym. I właśnie kiedy dzięki postowi i modlitwie już... - już budził się w nim duch pokory i zaparcia, szatan zsyłał na probostwo gości.
- Jestem potępiony... Boże, bądź miłościw... - mruczał z rozpaczą, zrywając się z klęczków, aby wydać dyspozycje co do kuchni i piwnicy. W kwadrans później śpiewał świeckie piosenki i pił jak ułan.
Tego wieczora, kiedy Jojna zbliżał się do plebanii, proboszcz wybierał się z wizytą do sąsiednich dziedziców. Miało być kilkanaście osób; inżynier z Warszawy z najnowszymi wiadomościami, preferans, doskonała kolacja i wyjątkowe wina, bo inżynier konkurował o córkę gospodarza. Ksiądz już od kilku dni siedział sam; toteż z gorączkową niecierpliwością oczekiwał chwili wyjazdu. Tak nudził się, widząc z jednego okna dziedziniec, na którym tłusty parobek rąbał drzewo, a z drugiego ogród przywalony śniegiem i gołe drzewa, na których wrzeszczały gawrony - tak tęsknił za ludźmi, że prawie nie mógł doczekać się wieczoru. Rachował już nie godziny, ale kwadranse, a gdy myśląc, że upłynął kwadrans, spoglądał na zegarek, przekonywał się ze zdumieniem, że upłynęło zaledwie kilka minut.
Wikary mieszkał w innym domu i zaraz po zachodzie słońca szedł spać, ubierając się do łóżka w sukienny, watowany czepek. To jeszcze jedno pocieszało proboszcza, który nie lubił swego pomocnika. Aby zaś w jakikolwiek sposób dotrwać do wyjazdu, zażądał samowara i paląc fajkę marzył:
Będą dziś państwo Teofilowie czy nie będą?... No, on jest człowiek rzadkiej głupoty, ale ona... Boże miłosierny, co też mi się snuje po głowie!..."
Lecz pomimo narzekań ciągle widział zielonawe oczy pani Teofilowej, utkwione niby z talem w niego, i ten szczególny wyraz twarzy, z jakim niedawno powiedziała:
- Księże proboszczu, w życiu bywają silniejsze dramaty niż na scenie.
On wówczas nie odpowiedział jej, tylko poczuł, że coś ścisnęło go za piersi. Ale dzisiaj, siedząc tu sam i rachując powolne kołatanie zegara, przyznawał, że w życiu bywają nie tylko silne, ale straszne dramaty. Cóż to za piekło kryć się przed samym. sobą te swoimi myślami!
Mocniej pociągnął fajkę i nagle drgnął. Przywidziało mu się, że jego sutanna dotyka jedwabnej sukni. - Jezu, zmiłuj się nade mną! - szepnął odsuwając się od stołu. Ale jakkolwiek usiadł, zawsze widział zielonawe oczy i czuł palące dotknięcie jedwabnej sukni.
- Ach, żeby już prędzej wyjechać... Mróz otrzeźwi... Zresztą cały wieczór będę grał w preferansa...
Tak myślał i nie wierzył sobie. Wiedział, te kobiety zatrzymają go w salonie i że naprzeciw siebie zobaczy, jak zwykle, te dziwne oczy i melancholijną twarz, na której prawie wyrzeźbiło się zdanie:
- Księże proboszczu, w życiu bywają dramaty!...
Wtem zapukano do drzwi. Wszedł Jojna i skłonił się do ziemi.
- Dobrze, żeś przyszedł! - zawołał proboszcz. - Miałem właśnie posyłać do ciebie, bo zebrało się trochę garderoby do odnowienia.
- Chwała Bogu! - odparł Żyd. - Już tydzień nie miałem roboty Ale jeszcze pani gospodyni mówiła, że w kuchni zepsuł się zegar...
- To ty umiesz i zegary naprawiać?... - Jakże, mam nawet statki.
- Doskonały!... krawiec i zegarmistrz.
- Ja także jestem parasolnik, a także znam rymarstwo i umiem rondle pobielać.
- No, jeżeli tak, to możesz u mnie zimować. A kiedy przyjdziesz do roboty?
- Zaraz usiędę.
- Na noc? - spytał proboszcz.
- Ja robię po całych nocach. Ja już niewiele mogę sypiać.
- Jak chcesz. To idźże do oficyny i zadysponuj bobie kolację. Herbatę zaraz ci przyniosą.
- Przepraszam jegomości - ukłonił się Żyd - ale ja proszę, żeby cukier był osobno.
- Pijesz bez cukru?
- Owszem, ja nawet lubię bardzo słodko, ino ja herbatę piję tak, a cukier chowam dla wnuków.
- Pij z cukrem! dla wnuków dostaniesz oddzielnie - odparł ksiądz śmiejąc się z przebiegłości Żyda. - Walenty, podaj mi futro - zwrócił się pośpiesznie do służącego usłyszawszy, że już zajechały sanki.
Żyd znowu ukłonił się.
- Z przeproszeniem jegomości - rzekł.- ale ją tu przychodzę od Ślimaka
- Od Ślimaka?... - powtórzył ksiądz. - Aha! od tego, co się spalił.
- Nawet nie od niego, bo on by mnie nie śmiał tu wysyłać. Ale jemu żona dziś umarła i on ma jakoś kiepsko w głowie, i tak oboje leżą w stajni, i nawet nie ma im kto wody podać. Nawet krów nie poili bez cały dzień.
Proboszcz cofnął się.
- Jak to, więc nikt ze wsi ich nie odwiedził?....
- Przepraszam jegomości - skłonił się Żyd - ale we wsi gadają, że na niego spadł gniew Boży. I bez ten interes to oni muszą zginąć, jeżeli ich kto nie poratuje.
Mówiąc to patrzył w oczy księdzu, jakby chciał powiedzieć, że do niego należy ratunek Ślimaka.
Proboszcz uderzył cybuchem o podłogę, aż pękła fajka:
- To ja, proszę jegomości, już pójdę do oficyny - zakończył Żyd. Zabrał kij, worek i wyszedł. Przed gankiem odzywały się dzwonki sanek przypominając księdzu, że pora jechać do sąsiada. Walenty stał w pokoju z futrem w rękach.
-Tam czekają mnie - myślał proboszcz gnąc o podłogę cybuch.
- Jest przecie ten inżynier... Może będę potrzebny do zaręczyn... (Może przez tydzień nie zobaczysz pani Teofilowej?... dodał w nim głos cichszy od myśli.) No, a ten przecie wytrzyma do jutra; zresztą zmarłej kobiety nie wskrzeszę...".
Ach, jak to boleśnie wahać się między świetnym rautem i nocną wizytą u pogorzelca, który pospołu z trupem leży w stajni...
- Dawaj futro! - rzekł proboszcz. - Zaraz... - dodał i wyszedł do swojej sypialni.
-Jest ósma - myślał. - Jeżeli pojadę do niego, nie mam jut po co jechać do nich."
I znowu w pustym pokoju zobaczył zielonawe oczy, smutną twarz i usłyszał wyrazy: W życiu są dramaty..."
- Futro!... Zaraz... Zobacz, Walenty, czy konie już są?
- Stoją u ganku - odparł sługa.
- Aha... Noc widna?
- Widna, proszę jegomości.
- Aha! Pójdź jeszcze do gospodyni i każ, ażeby nakarmiła Żyda. Niech mu da jasną lampę, jeżeli zechce robić w nocy.
Walenty wyszedł.
- Nie mogę być niewolnikiem wszystkich pogorzelców i kobiet, które umarły. Jutro będzie sam czas. Nieszczególny musi to być człowiek, skoro, nikt ze wsi nie pośpieszył mu z pomocą.
Machinalnie spojrzał na rozpiętą figurę Chrystusa i zadrżał. Zdawało mu się, że i Ukrzyżowany ma zielonawe oczy.
- Rany Boskie! - szepnął - co się ze mną dzieje?... I to ja, obywatel, kapłan, waham rię między zabawą i pocieszeniem nędzarza... Kapłan!... Obywatel!...
Ujął się oburącz za głowę i chodził po pokoju. Walenty wrócił. Proboszcz podniósł na niego wybladłą twarz:
- Weź koszyk - rzekł zmienionym głosem - włóż mięso z obiadu, chleb, butelkę miodu i postaw w sankach. Sługa zdziwił się, ale spełnił rozkaz.
Może umiera? - myślał ksiądz. - Może by jeszcze z Sakramentami?..." - Niepodobna... - szepnął, znowu ujrzawszy owe oczy. - Jestem na wieki potępiony... Boże, bądź miłościw…
Bił się w piersi i wątpił o swoim zbawieniu zapominając, że miłosierny Ojciec nie rachuje liczby rautów ani wypitych butelek, lecz te ciężkie walki, jakie stacza ze sobą ludzkie serce.
W pół godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagroda Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą spod kozła latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce, poszedł do stajni. Pchnął drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej. Spojrzał w prawo - na barłogu siedział chłop przysłaniając oczy od blasku.
- Kto to? - spytał Ślimak.
- Ja, proboszcz.
Chłop zerwał się z ziemi i zarzucił na ramiona kożuch. Na twarzy jego widać było zdumienie; nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Chwiejnym krokiem przeszedł próg i stanąwszy naprzeciw księdza przypatrywał mu się z otwartymi ustami.
- Czego tu chceta, jegomość? - rzekł cichym głosem.
- Przynoszę ci błogosławieństwo boskie. Wdziej kożuch, bo zimno, i pokrzep się - odparł ksiądz. Ustawił kosz na wysokim progu stajni i począł wydobywać chleb, mięso i butelkę miodu.
Ślimak zbliżył się do proboszcza, spojrzał mu w twarz, dotknął rękoma futra i nagle upadł mu do nóg szlochając:
- Jaki ja biedny, mój jegomość... jaki ja biedny... Oj! jaki ja biedny...
- Benedicat te omnipotens Deus' - błogosławił go proboszcz. Ale wnet zamiast przeżegnać, ujął go w ramiona i usiadł z nim na progu. I tak siedzieli długą chwilę - nędzny, płaczący chłop w objęciach eleganckiego księdza.
- No uspokój się, bracie... będzie dobrze... Bóg nie opuszcza swoich dzieci.
Pocałował go i otarł mu łzy. Ślimak z rykiem upadł mu do nóg po raz drugi.
- Niech już zginę... - szlochał. - Niech pójdę do piekła za moje grzechy, kiej mnie takie szczęście spotkało, że sam jegomość ulitowaliście się nade mną... A czy ja wart tego, ady, żebym ja sto lat żył, żebym na kolanach do Ziemi Świętej poszedł; to jeszcze się nie odsłużę.
Odsunął się na klęczkach i bił czołem w ziemię u nóg księdza, jak przed ołtarzem. I dużo czasu upłynęło, nim proboszcz zdołał go o tyle uspokoić, że chłop podniósł się i wdział kożuch.
- Napij się - rzekł ksiądz podawszy mu kielich miodu.
- Kiej nie śmiem, mój serdeczny jegomość...
- No, więc ja piję do ciebie - i dotknął ustami kielicha.
Ślimak ujął miód drżącymi rękoma i, znowu uklęknąwszy, z trudnością wypił.
- Cóż, smakuje ci? - zapytał ksiądz po chwili.
- O, dobre! Kieb arak... - odparł chłop innym głosem i pocałował proboszcza w rękę. - Korzeni musi być tu sporo - dodał.
Namówiony zjadł kawałek mięsa z chlebem i wypił drugi kielich miodu. Posiłek ten widocznie go pokrzepił.
- Powiedzże mi, bracie, co się z tobą stało - zaczął ksiądz. Boć pamiętam, żeś był gospodarz dostatni.
- Dużo by gadać, mój dobrodzieju. Jeden syn mi utonął, drugi w haryście, żona umarła, konie mi ukradli, spaliły me... A wszystkie moje nieszczęścia zaczęły się od tych czasów, jak dziedzic sprzedał wieś, jak zaczęli budować kolej i jak przyszły Niemce. Bez tych najpierwszych kolejników, co na naszych polach tyki ustawiali, rozeźliła się na mnie cała wieś. Buntował też ich, bo buntował Josel za to, że mierniki kupowali u mnie kurczęta i insze tam rzeczy. Do dziś dnia ich buntuje…
- A wy do niego ciągle chodzicie po radę - wtrącił ksiądz.
- Gdzież pójść - dopraszam się łaski dobrodzieja? Przecie chłop nieumiejętny, a Żyd zna się na wszystkim i nieraz mądrze poradzi. Ksiądz poruszył się. Chłop, podniecony miodem, prawił dalej:
- Jak pana nie stało, urwały mi się dworskie zarobki i jeszczem musiał oddać Niemcom dwa morgi łąki, com arendował od dziedzica.
- Aaa!... - przerwał proboszcz.
- Czy nie tobie chciał dziedzic sprzedać za sto dwadzieścia rubli łąkę wartającą ze sto sześćdziesiąt?
- Jużci mnie.
- I dlaczegożeś nie kupł? Nie wierzyłeś mu. Wam się zdaje, że panowie tylko o waszej krzywdzie myślą...
- Kto ich wie, co oni myślą, dobrodzieju! Między sobą świergocą jak Żydy, a z człowieka ino se kpinkują. Przecie pamiętam, kiedy z okazji tej łąki zaczął pan z panią i śwagierkiem nade mną wydziwiać, tom się tak zląkł, żebym i za sto rubli tego kawałka nie wzion. Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, że mają grunta rozdawać.
- I tyś uwierzył?
- Czy ja się na tym rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo bałamuctwo, a rzetelnej prawdy nikaj się człowiek nie dowie? Nowięcej to się rozumieją Żydy; ale raz gadają tak, drugi raz inak, a chłop wierzy w to, z czym mu lepiej.
- Hm! a przy kolei nie miałeś zarobków?
- Nawetem grosza nie widział, tak mnie odepchnęły Niemce.
- Nie mogłeś to przyjść do mnie! - obruszył się proboszcz. Przecież u mnie cały czas mieszkał naczelny inżynier.
- Dopraszam się łaski dobrodzieja, czym to ja wiedział? Wreszcie i chodzić na plebanię nie miałbym śmiałości.
- Hm! hm! Czy i Niemcy ci dokuczali?
- Oj! oj! - westchnął chłop. - Od swego przyjścia tutaj mordowały mnie, żeby im grunt sprzedać. Tak mnie nachodziły,- tak się przypominały, że kiedy zesłał Pan Bóg ogień tom nareszcie uległ i z żoną przeniosłem się do nich...
- I sprzedałeś?...
- Bóg uchronił i moja nieboszczka Wstała ze śmiertelnej pościeli, wyciągnęła mnie od nich i tak zaklęła, że już wolę zginąć niż sprzedać. Ale też zrobią oni mi, zemstę... - dodał Ślimak, smutnie zwieszając głowę.
- Nic ci nie zrobią.
- Nie oni, to stary Grzyb. Bo jakby Hamer stąd wyszedł. to Grzyb folwark po nim obejmie. A on gorszy od Niemca.
O, tom dobry pasterz! - pomyślał ksiądz - Moje owce gryzą się między sobą jak wilki, Niemcy ich trapią, Żydzi im radzą, ja zaś jeżdżę na zabawy!..." - Zostańże tu, mój bracie - rzekł głośno - a ja wstąpię na wieś.
I podniósł się z progu. Ślimak jeszcze raz ucałował mu nogi i odprowadził do sani.
- Jedź za most - zwrócił się proboszcz do furmana.
- Za most?... Jut tam nie pojedziemy? - dziwił się woźnica, taki pyzaty, jakby go pszczoły pokąsały.
- Ruszaj, gdzie ci każę! - odparł ksiądz niecierpliwie i rzucił się na siedzeniu.
Sanie odjechały. Ślimak został sam i oparłszy się na płocie jak niegdyś za lepszych czasów, przysłuchiwał się milknącym dzwonkom i myślał:
-Skąd dobrodziej o nas się dowiedział? Widać że przed księdzem to jak i przed Panem Bogiem nic się nie skryje... Strach!... Bo jużci ludzie mu nie donieśli ani Niemce, ani Sobieska... Może by Jojna? Dobry on Żyd i litościwy, nawet krowy mi napoił, ale gdzie by mu się chciało latać po nocy stąd aż na plebanię! Wreczcie on szedł do wsi. Niebywała rzecz, sam dobrodziej zajechał do chłopa, nakarmił go, napoił i jeszcze utulił. O la Boga, aż mi markotno, żebym ja zaś obłapiał się z taką osobą... Ech! nawet do organisty nie miałbym śmiałości".
Stał, myślał i szeptał:
- Musiało tęgo zmienić się na świecie, kiedy taki duchowny wie wstydzi się siadać z chłopem za pan brat, i jeszcze na progu pod stajnią. Czyby znowu grunta dawano?... Czyby już szlachtę ze wszystkim skasowali?... Ale uczciwy dobrodziej, serdeczny. Rychtyk jak ten święty biskup, co Łazarza własnymi rękami podnosił i rany mu opatrywał. On chyba także będzie święty i nawet już jest, kiedy ma jasnowidzenie i widzi, co się o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da rady, boby go spotkało nieszczęście... Oj! żeby mnie jeszcze dobrodziej rozgrzeszył z nieboraka Owczarza i znajdy, już bym się niczego nie bojał.
Westchnął i przez długą chwilę patrzył na niebo zasypane gwiazdami.
- Ciekawość - mruknął - czy w niebie bez noc gromnice palą, czy ono tak samo świeci?
Z daleka, od mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie i wkrótce przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop wybiegł na gościniec.
- Ty, Ślimaku?
- Jo, dobrodzieju.
- Będzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogodźcież się i więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.
- O mój wybawicielu... - jęknął chłop.
- Ruszaj, Paweł, co koń wyskoczy - rzekł ksiądz do furmana. Wydobył repetier, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na dziesiątą, mruknął:
- Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!...
I znowu zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.
- Boże, bądź miłościw... Boże, bądź miłościw... - szeptał ksiądz pasując się z nagabaniami szatana.
Komentarze